RSS
wtorek, 03 listopada 2009
Bezprizorni

Niestety nie znam rosyjskiego, ale chodzi o stan przejściowej bezdomności. Mieszkanko sprzedane. Pan Sławek dostanie klucze na mikołajki. Wszystko odbyło się bez przygód. 3/4 z tymczasowym meldunkiem u Mamci. 1/4 jeszcze bezdomna.

To co, cieszyć się?

21:52, minijusia
Link Komentarze (5) »
środa, 14 października 2009
A kuku!

A to niespodzianka! Zwłaszcza dla tych, co przypadkiem tu jeszcze zaglądają :)  Niespodzianek ostatnio mamy pod dostatkiem. Na przykład dzisiaj rano, w okolicach 6, obudził mnie najpierw koncert Michaela Jacksona, ostatnio niekwestionowanego idola naszej młodszej pociechy, potem jęk męża, a ostatecznie okrzyk Mikołaja: "Śnieg!!!! Uwielbiam śnieg!!! Będą Święta!!! Zima jest!!! Ulepimy bałwana!!!"

Kiedy próbowałam sobie uzmysłowić gdzie się podziało 2 miesiące mojego życia, pan w radio potwierdził, że jestem przy zdrowych zmysłach, nie wpadłam w żaden cug alkoholowy, poszłam spać 13 października i obudziłam się 14 października tego samego roku.

No cóż, muszę się jeszcze sporo od dziecka nauczyć jeśli chodzi o przyjmowanie dobrodziejstw otaczającego świata...

Przy okazji wszystkiego najlepszego dla moich kochanych Koleżanek Belferzyc i wszystkich Belfrów, którzy mieli i mają ze mną do czynienia!

Właściwie ta dzisiejsza niespodzianka jest ciągiem dalszym wcześniejszych surrealistycznych niespodzianek.

Jak zapewnie większość czytelników wie, a co niektórzy dopytują ustawicznie, przeprowadzamy się do Kielc. Ale aby to zrobić, musimy sprzedać mieszkanko, które prawnie zajmujemy od pięciu lat. Zabieraliśmy się za to dłuuugo. W okolicach lipca mąż wstawił jedno ogłoszenie do internetu. W sierpniu ze 2. Pojawili się też jacyś pierwsi oglądacze. We wrześniu było lepiej.

Mieliśmy nawet trzech chętnych. Pierwszy po długiej rozmowie telefonicznej przyjechał ze swoją rodziną, czyli żoną i dwiema córkami, bo chciał kupić mieszkanie dla syna :) Podobało się, przyjął cenę po negocjacjach, wstępnie rozmawialiśmy o terminie... i tyle go widziano. Drugi odwrotnie. Żadnych negocjacji. Wszystko mu odpowiada. W mieszkaniu był może w sumie 10 minut. Klient - marzenie. Jutro zrobi przelew, a bank w ciągu dwóch tygodni resztę z kredytu. Musi tylko przyprowadzić kogoś z banku, żeby zrobili zdjęcia, spisać umowę itp. Szli 5 dni :) Ostatecznie nie doszli ze względu na nagły dramat rodzinny...

 W sumie od początku zachowanie i phisis tego jegomościa wskazywały na lekki niedowład umysłowy, ale przecież nie ośmielibyśmy się w ten sposób ocenić kogoś, kto chce nam dać grubą kasę :) Nazwijmy go panem Antonim. Pan Antonii jeszcze się pojawi w finale :)

Kiedy uświadomiliśmy się, że oprócz pana Antoniego nie mamy nikogo w zanadrzu, miny zaczęły nam rzednąć. Początek października, plan się sypie, budżet trzeszczy, przeprowadzka zawisła na włosku.  Wzięłam się ostro do roboty - wszystkie możliwe portale, słupy, przystanki, znajomi itp. Pojawił się chętny Telefonista. W pierszej rozmowie nakreślił trudną sytuację sprzedaży nieruchomości w Świdniku, obowiązujące ceny i zapewnił, że jest wiarygodny oraz życzy nam powodzenia. Wyprowadził mnie z równowagi na długie dni. Ale nie poddałam się tak łatwo. Wybrałam się do tutejszej agencji obrotu. Okazało się, że w zasadzie pan z agencji powiedział mi mniej więcej to samo co Telefonista, przyjął zgłoszenie, ale głęboko powątpiewał w pomyślność szybkiej sprzedaży.

Wtedy Telefonista zadzwonił ponownie - przyjeżdża z gotówką następnego dnia, tylko opuszczamy cenę o 50 tysięcy. Da nam dzień na zastanowienie. Jakkolwiek myslałam, że mam doświadczenie w trudnych rozmowach telefonicznych, ta wyprowadziła mnie z równowagi jeszcze bardziej niż poprzednia. Kolejnego telefonu od niego już nie odebrałam.

W międzyczasie pojawił się miły pan z kolejnej agencji, widzący więcej szans na sprzedaż niż poprzednik, a w miniony piątek pojawiła się jeszcze jedna pani agentka. Nazwijmy ją Aniołem.

Anioł już na początku rozmowy poinformował mnie, że ma klienta, który szuka takiego mieszkania w pilnym terminie i jeśli zgodzę się na jej pośrednictwo, to za godzinę przyjedzie spisać umowę, a wieczorem przyjedzie z klientem. Tak się też stało. Następnego dnia, Anioł od rana wydzwaniał, żeby poinformować mnie, że klient się zdecydował i chce w poniedziałek spisać umowę. Słowo daję, zapisałam sobie jej numer z serduszkiem :) Wbrew wszelkim naszym obawom, wszystko przebiegło tak, jak zapowiedział Anioł.

A więc właściwie mogę już zaanonsować, że za jakiś miesiąc sprowadzamy się na Słoneczne. Tylko Mamie muszę powiedzieć :)

Telefonista zadzwonił jeszcze z drugiego numeru, niedowierzając. Pan z agencji tutejszej miał pretensje, że nie zadzwoniłam do niego, bo akurat chciał przyprowadzić jakiegoś chętnego.

Jednak miał się jeszcze pojawić Pan Antonii...

Kiedy wracaliśmy z biura, na lekkim rauszu mentalnym, pod blokiem czekało starsze małżeństwo. Pani zagadnęła nas, czy przypadkiem nie jesteśmy spod 20-tki i czy nie sprzedaliśmy mieszkania. Wszystko się zgadza, cholera. Okazało się, że to małżeństwo wynajmuje mieszkanie na naszej ulicy panu Antoniemu. No i pan Antonii zapewnił ich, że kupił właśnie mieszkanie od nas i tego wieczoru ma się z nami spotkać. Państwo zatem od pół godziny marzli pod blokiem, próbując doczekać się na swojego (prawdopodobnie) wierzyciela. My z kolei uraczyliśmy ich historią o chorej żonie pana Antoniego, mającej jakoby przebywać w szpitalu. Jak się domyślacie, nie miał zamiaru spotkać się ze staruszkami i wymyślił godną siebie historię. My byliśmy mocno rozbawieni. Starsi państwo nieco skonsternowani...

Tak więc trzymjacie się ciepło wszyscy nasi Aniołowie i Zrzuceni przypadkiem z innych planet  :) Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem...

11:13, minijusia
Link Komentarze (9) »
środa, 16 września 2009
Pamięci Ewci

... i Patricka. Pewnie już razem tańczą...

Przychodzimy, odchodzimy


Przychodzimy, odchodzimy
leciuteńko na paluszkach
Szczotkujemy wycieramy
Buty nasze twarze nasze
Żeby śladów nie zostawić
Żeby śladów nie zostało
Miasta nasze domy nasze
Na uwięzi się kołyszą
Tuż nad ziemią ledwo ledwo
Jak wiatr mały to nie widać
A jak wielki wiatr się zdarzy
Wielka bieda puszczą cumy
Zatrzepocą się zatańczą
Miasta nasze domy nasze
I polecą w stratosferę
Przygarbionych w pustym polu
Bez oparcia bez osłony
Bez niteczki choćby coby
Przytwierdzała nas do ziemi
Wiatr nas porwie i poniesie
Za kołnierze podniesione
Porozrzuca gdzieś w przestrzeni
Nam to nic przeczekamy
A jak skończy jak ucichnie
To wstaniemy otrzepiemy
klapy nasze rączki nasze
Żeby śladu nie zostało
Od początku zbudujemy
Miasta nasze domy nasze
Sprzęty nasze lampy nasze
Żeby wiatr miał czym kołysać


Słowa J. Jęczmyk
Muzyka Z. Konieczny

(kadr z filmu "Ostatni taniec")

22:17, minijusia
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 10 sierpnia 2009
Elevation

Byliśmy TAM. 6 sierpnia w Chorzowie. Nie napiszę, że byliśmy na koncercie, bo na koncertach byłam. To jakby porównać Góry Świętokrzyskie do Himalajów. Byliśmy w tym Centrum Wszechświata. Na orbicie. Na Drodze Mlecznej. Na pewno nie na Ziemi. Na U2 w Chorzowie. Mój mąż pierwszy raz wybrał się na tego typu koncert. I bardzo źle zaczął. Obawiam się, że każdy następny będzie niczym w porównaniu z tym co się tam działo. Porównać mogę to jedynie do własnego ślubu i wesela. Niewiele pamiętam oprócz fruwania. Na razie nie spadłam i nie chcę spadać. Jeszcze, jeszcze nie...

Właściwie nic sensownego na ten temat nie mam do powiedzenia. To był po prostu KOSMOS. Wizualny, emocjonalny, muzyczny, duchowy. Nawzajem rzuciliśmy się na kolana, tylko Bono mógł się rzucić bardziej dosłownie :)

Zaczęło się już od Snow Patrol. Bardzo dobry support. Naprawdę nie mają się czego wstydzić, ale ujmujące było wzruszenie i skromność wokalisty tego zespołu. Napisał zresztą piękny tekst o koncercie w Polsce, po angielsku ale z takim sercem, że na pewno zrozumiale: http://www.u2.com/news/title/poland-show

A potem... popłynęliśmy. Czwarty utwór to był "New Year's Day". No i Flaga. Solidarności. Może trzeba, żeby to U2 przywróciło nam dumę z tej flagi i Solidarności. I urodziny Edga. I Milky Way na One. I tyle momentów, które mam w sercu... Coś niesamowitego...

12:17, minijusia
Link Komentarze (2) »
poniedziałek, 03 sierpnia 2009
Trzydziestolatka
To nieuczciwe, że czas tak różnie obchodzi się z ludźmi. Nieuczciwe, ale... podoba mi się. Na przykład nasze dzieci - im starsze, tym fajniejsze. Albo wino - im starsze, tym lepsze. Albo moja żona - z biegiem czasu coraz piękniejsze! Gdy 30 lat temu w kieleckim szpitalu przyszła na świat Justynka, pewnie rodzicom wydawała się najpiękniejszym dzieckiem na świecie. Obiektywnie stwierdzić jednak muszę, że dziś jest 30x ładniejsza. I z pewnością łatwiej się z nią dogadać :-) 7 lat temu w Kielcach ślubowaliśmy sobie miłość, wierność i uczciwość małżeńską. Po 7 latach od tamtego wydarzenia pora na powrót do miasta, z którego wyrośliśmy. Niech ten nowy początek - nowy kod, nowa 7-latka, nowe mieszkanie, praca i co tam jeszcze nas czeka, będzie dla nas radością.
07:58, tomasz_wojtys
Link Komentarze (7) »
poniedziałek, 29 czerwca 2009
Na przekór...

... temu, w czym ostatnio uczestniczyłam, wpis będzie o Michaelu. Jego śmierć napełniła mnie ogromnym smutkiem. Mimo, że nie byłam nigdy wielką fanką Jacko, to niekwestionowany idol naszego dzieciństwa. Nam, dzieciom z blokowiska, zza wielkiego muru, to co widzieliśmy w Jego wykonaniu nie mieściło się w głowie. Nie wierzyliśmy, że takie koncerty mają miejsce naprawdę. Nie wierzyliśmy, że można tak tańczyć. Nie wierzyliśmy, że jest możliwe zmienianie się twarzy na ekranie telewizora i przechodzenie męskich w damskie, czarnych w białe, tak jak w teledysku "Black or white". To było nie do wymyślenia. Szkoda, że stał się własną karykaturą tego teledysku. Bardzo mi szkoda Jego geniuszu. Był artystą totalnym i  totalnie się rozpadł...

Na gwiazdkę kupiłam Tomkowi składankę hitów Jacksona wybranych przez polskich fanów. Właściwie samograj. Nie zestarzały się, nie słucha się ich z uśmiechem politowania. Nie umiem wskazać ulubionej piosenki.

W swoim nieszkodliwym świrze koncertowym, zapisałam się w marcu na newsletter informujący o planowanej trasie Michaela. Nie udało mi się co prawda nikogo namówić na wyjazd do Londynu, ale dostawałam infomacje na bieżąco o postępach w przygotowaniu do koncertów. Ostatni przyszedł 23 czerwca. Otworzyłam go dopiero dziś. Menagment pisał, że rozpoczęła się budowa sceny i jest pula biletów specjalnych, które zostaną wypuszczone następnego dnia wśród wybranych. Nie zostałam wybrana. Jacko chyba też nie został. Ktoś Go musiał widzieć takim, jaki był w ostatnim czasie. Ktoś Go musiał przymusić do tych występów. Być może ktoś mu oddał "przysługę", że do nich do nie doszło... Mimo wszystko odszedł w chwale. Co by było gdyby...

27 czerwca uczestniczyłam w koncercie totalnym. Depeche Mode na Stade de France w Paryżu. 65 tysięcy ludzi. A może mi się tylko śniło? Patrzyłam na telebimie na faceta, który już kilka razy uciekł spod kosy. Którego przepełnia nie dająca się ukryć radość i wola życia. Który jest zadbanym, cudownym mężczyzną z krzywymi zębami, których sobie nie wyprostował, ale uczynił z nich znak rozpoznawczy. Odbudował się jak Feniks.

Przepraszam za tą górnolotność. Płaczę po tych, który się rozpadli. Niestety nie tylko po Michaelu.

(...)There is a sound in the calm

Someone is coming to harm

I press my hands to my ears

It's easier here just to forget fears(...)

http://www.youtube.com/watch?v=lVikfnceSE4

22:17, minijusia
Link Komentarze (6) »
niedziela, 28 czerwca 2009
Ulotki trzecie
Jako że opuściła nas głowa domu, która leży, gdzie chce, a ostatnio chciała leżeć gdzieś w Paryżewie, poszliśmy na niedzielny spacer we trzech na plac zabaw: - Chodź tato wspinać! zakrzyknął Mikołaj - będziesz numer trzy, a ja numer dwa. - A Franio? - zapytałem. - Franio numer zero, bo jest jeszcze malutki. - A co z numerem jeden? - Numer jeden to Mamusia! - zakrzyknął Miki. Przy okazji wpisu najszczersze gratulacje dla Państwa Milczanowskich, którzy postanowili jednak się roz(s)troić. Na Dzień Ojca Szymciu dostał malutki-nie malutki prezencik: 3780 g i 56 cm. Buziaki dla całej trójeczki!
11:12, tomasz_wojtys
Link Komentarze (3) »
poniedziałek, 01 czerwca 2009
Ulotki

Ostatnio pogoda nas nie rozpieszcza i przeprowadziłam taki oto dialog z Mikołajem:

- Zobacz Misiu, pogoda pod psem...

- Pod psem???? Jak to pod psem???

- Bo cały czas pada. Jak tak pada i pada, to mówimy, że pogoda jest pod psem.

- Acha. A jak jest przed psem to nie pada.

I takiej prostoty i dzieciecej ufności do świata nie tylko w Dniu Dziecka życzę Wszystkim Kochanym Skarbom oraz sobie i Wam :)

23:14, minijusia
Link Komentarze (1) »
poniedziałek, 11 maja 2009
Jubileo juvenalium

Na poczatek śpieszę donieść, że Franio skończył wczoraj 2 latka :-)

Sto lat Skarbie w zdrowiu i uśmiechach!!!!

Najbliżsi jak zawsze dopisali, zjawili się Dziadkowe, Chrzestni oraz ciocia Violka z Brygadą. Dziękujemy również wszystkim, którzy pamiętali o urodzinach Frania i składali życzenia różnymi sposobami!

Najbardziej chyba przejety był Mikołaj, który dzień wcześniej sam udekorował babeczki i pomógł mi przygotować galeretki. W dniu urodzin co chwila składał Franiowi życzenia i nawet nie zabierał mu prezentów, co rzadko się zdarza :-)

Jubilat natomiast wieczorem był już ostentacyjnie niezainteresowany swoim przyjęciem, nie chciał nawet patrzeć na tort, a o zdmuchnięciu świeczek nie było mowy. Przyniósł natomiast poduszkę i butelkę, dając nam ostatecznie do zrozumienia, że on imprezę zakończył :-) W spaniu nie przeszkodziły mu nawet małpie figle Oli i Mikołaja, które  zakończyły się oświadczeniem Oli, że ona do swojego domu nie wraca, nigdy przenigdy nie pójdzie do swojego przedszkola, będzie spała z Mikołajkiem w łóżeczku, a rodzice mają zostać z nami :-) 

Ponieważ pobiliśmy też niechlubny rekord milczenia na blogu, należy się drogim Czytelnikom garść nowych wieści różnej treści.

Jesteśmy więc posiadaczami dwóch kredytów hipotecznych (tak, tak, jak szaleć to szaleć), Mikołaj jest zapisany do dwóch przedszkoli, a my, tak jak Donald Tusk wg Nelli Rokity, stoimy w rozkroku - już nie całkiem tu, a jeszcze nie tam. Dziwny stan, dosyć niewygodny :-)

Póki co jednak, korzystamy z dobrodziejstw Lublina i okolic i pokornie przyjmujemy co nam los daje. A daje nam różne doświadczenia, jednym z trudniejszych był rotawirus, który napadł Tomka, Frania i Babcię Halinkę akurat wtedy, kiedy przeprowadzałam swoje praktyki na studiach. Tak, było to trudne... Cały czas było zagrożenie, że Franio wyląduje w szpitalu, reszta dorosłych była w kiepskiej formie, a ja codziennie pół dnia spędzałam poza domem. Ale przetrwaliśmy, nic złego się nie stało, Mikołaj na szczęście się nie zaraził, ja jakimś cudem też nie i mogliśmy już w dobrych formach wszyscy spędzić uroczy majowy weekend w Tomaszowie :-)

Udało nam się ponownie zebrać cały skład "Gotowych na wszystko", co zawsze gwarantuje nieprzewidziane zwroty akcji i przede wszystkim dobrą zabawę. Tak było i tym razem, w ciągu dnia spędzaliśmy czas na zwiedzaniu okolic i szykowaniu posiłków, aby wieczoram zasiadać do niekończącej się biesiady i drobiazgowo omawiać różne pomysły na życie, najczęściej nie swoje :-)

Kolejny zlot planowany jest na wakcje w dowolnym miejscu i dowolnym czasie!

Zainaugurowaliśmy również sezon koncertowy. Tata zobaczył dzięki juwenaliom The Futureheads, a całą bandą wybraliśmy się któregoś dnia na koncert rockowy na Felinie. Chłopaki wywołali niemałe poruszenie, zwłaszcza Franek, którego ledwo było widać, ale podskakiwał do rytmu jakby nic innego od urodzenia nie robił :-)

Teraz tylko odliczanie do 23 maja, potem do 6 sierpnia, a potem... się zobaczy!

11:09, minijusia
Link Komentarze (13) »
poniedziałek, 30 marca 2009
Jest dobrze...

... ale nie najgorzej. Tę prostą i prawdziwą maksymę klasyka powtarzamy sobie w ostatnim czasie nadzywczaj często. Zawdzięczamy to bezpośrednio słowu na "K", którego nie będziemy tu wymieniać, bowiem zjawisko to podobno dotyka wszystkich krajów europejskich, a swoje źródło ma za oceanem.

Dotnęło nas ono pośrednio, dotykając bezpośrednio bank, w którym bezpośrednio planowaliśmy zawrzeć dożywotnią umowę na pożyczkę, bezpośrednio po to, aby zgodnie z planem jaki powzięliśmy rok temu, zarządzić wielki powrót na kieleckiej ojczyzny łono.

Łono owe, wydaje się być gościnne i chętne do przyjęcia nas z powrotem, jednak opór materii formalnej przekroczył nasze najśmielsze wyobrażenia.

Przez ostatnie tygodnie utwierdzano nas w błogim przekonaniu, że wszystko będzie dobrze, kredyt mamy w banku, jesteśmy wspaniali, mamy wszystkie dokumenty, jesteśmy młodzi, piękni, z piekną przeszłością i jeszcze lepszą przyszłością. W takim to przekonaniu wzrastaliśmy do momentu bezpośredniego złożenia wniosku. Najpierw jednego, potem drugiego, potem trzeciego, a potem czwartego. Prwadopodobnie piąty spotkał się z akceptacją, ale pod warunkiem. Warunek ten co gorsza podpowiedzieliśmy bankowi sami, bo zdążyliśmy się zoreintować, że zjawisko na "K", które dotyka wszystkich krajów europejskich, a ma swe źródło za oceanem, zżera również mózgi bankierów i w znaczny sposób ogranicza ich władze umysłowe.

Bo oczywiście ciężko bankierom przyznać tak po prostu, że bank kredytów nie udziela, bo ma taki zakaz. Bank raczej nie ma jeszcze pięćdziesiątego szóstego dokumentu i potwierdzonej przez inny bank deklaracji, że kredytu właściwie nie potrzebujemy, jedynie  głupi kaprys powoduje, że chcemy koniecznie pożyczyć na mieszkanie, choć tak właściwie pożyczać nie musimy.

Kafka by tego lepiej nie wymyślił. Wymyślił natomiast profetyczną powieść "Ameryka", którą ja - marny robak -  muszę sobie koniecznie przypomnieć.

Jeśli ktoś już dotarł do końca tego stylizowanego na czeski film wpisu, to akcent prawie optymistyczny - widać światełko w tunelu. Tylko gdzieś się kołacze ta złota myśl Osła, bohatera ze "Shreka", żeby do tunelu jednak nie wchodzić...

10:18, minijusia
Link Komentarze (3) »
 
1 , 2 , 3 , 4 , 5 ... 13