|
środa, 20 stycznia 2010
Nie oglądaj się za siebie...
... bo ci z przodu ktoś (...)
http://www.youtube.com/watch?v=8wgzzjPy9Bs
Ta smutna prawda przyświeca mi od czasu, gdy usłyszałem o zniknięciu Komuny Otwock i startu Komuny Warszawa. "Nie oglądaj się za siebie" to ich pierwszy projekt "po-otwockowy. Coś się skońćzyło, coś się zaczęło - nie oglądaj się za siebie, bo ci z przodu ktoś...
Nie ma co oglądać się za siebie. No bo tyle ciekawego przed mną. Nie wszystko idzie co prawda tak, jak to sobie zaplanowałem, poukładałem, ale jakoś tak idzie do przodu. Od ponad miesiąca żyjemy sobie w Kielcach, i zaiste nie jest to łatwa sprawa. Nie tylko dla nas.
1
Misiek jakoś zaklimatyzował się w nowym miejscu. Justyna ma wszystkiego dosyć i ogłosiła właśnie urlop/dymisję/depresję zimową* (*niepotrzebne skreślić) i tylko lutowy koncert jakoś trzyma ją przy życiu. A Górka myślał, że odliczanie terminu na NK to odliczanie do otwarcia naszego sklepu w Kielcach - kochany Tomuś :-)))
Mikołaj dumnie wkroczył w wiek, w którym poważnie zaczyna się myśleć o życiu. Wicie rozumicie - angielski, taniec, od września szkoła - nie ma to tamto.
Ja z kolei wkraczam w wiek, w ktorym gdy nic Cię rano nie boli, nie strzyka, nie łupie, to znak, że umarłeś.
Oby do wiosny, przyjaciele. Oby do wiosny!
sobota, 26 grudnia 2009
Wesołych Świąt!
Wszystkim naszym Bliskim i Sympatykom składamy najserdeczniejsze życzenia (to nic, że trochę spóźnione): pięknego świętowania Bożego Narodzenia i wszystkiego lepszego w Nowym Roku! Trzymajcie za nas kciuki na nowym-starym, bo dla nas ten rok będzie prawdziwym wyzwaniem... :)
wtorek, 03 listopada 2009
Bezprizorni
Niestety nie znam rosyjskiego, ale chodzi o stan przejściowej bezdomności. Mieszkanko sprzedane. Pan Sławek dostanie klucze na mikołajki. Wszystko odbyło się bez przygód. 3/4 z tymczasowym meldunkiem u Mamci. 1/4 jeszcze bezdomna. To co, cieszyć się?
środa, 14 października 2009
A kuku!
A to niespodzianka! Zwłaszcza dla tych, co przypadkiem tu jeszcze zaglądają :) Niespodzianek ostatnio mamy pod dostatkiem. Na przykład dzisiaj rano, w okolicach 6, obudził mnie najpierw koncert Michaela Jacksona, ostatnio niekwestionowanego idola naszej młodszej pociechy, potem jęk męża, a ostatecznie okrzyk Mikołaja: "Śnieg!!!! Uwielbiam śnieg!!! Będą Święta!!! Zima jest!!! Ulepimy bałwana!!!" Kiedy próbowałam sobie uzmysłowić gdzie się podziało 2 miesiące mojego życia, pan w radio potwierdził, że jestem przy zdrowych zmysłach, nie wpadłam w żaden cug alkoholowy, poszłam spać 13 października i obudziłam się 14 października tego samego roku.
No cóż, muszę się jeszcze sporo od dziecka nauczyć jeśli chodzi o przyjmowanie dobrodziejstw otaczającego świata... Przy okazji wszystkiego najlepszego dla moich kochanych Koleżanek Belferzyc i wszystkich Belfrów, którzy mieli i mają ze mną do czynienia! Właściwie ta dzisiejsza niespodzianka jest ciągiem dalszym wcześniejszych surrealistycznych niespodzianek. Jak zapewnie większość czytelników wie, a co niektórzy dopytują ustawicznie, przeprowadzamy się do Kielc. Ale aby to zrobić, musimy sprzedać mieszkanko, które prawnie zajmujemy od pięciu lat. Zabieraliśmy się za to dłuuugo. W okolicach lipca mąż wstawił jedno ogłoszenie do internetu. W sierpniu ze 2. Pojawili się też jacyś pierwsi oglądacze. We wrześniu było lepiej. Mieliśmy nawet trzech chętnych. Pierwszy po długiej rozmowie telefonicznej przyjechał ze swoją rodziną, czyli żoną i dwiema córkami, bo chciał kupić mieszkanie dla syna :) Podobało się, przyjął cenę po negocjacjach, wstępnie rozmawialiśmy o terminie... i tyle go widziano. Drugi odwrotnie. Żadnych negocjacji. Wszystko mu odpowiada. W mieszkaniu był może w sumie 10 minut. Klient - marzenie. Jutro zrobi przelew, a bank w ciągu dwóch tygodni resztę z kredytu. Musi tylko przyprowadzić kogoś z banku, żeby zrobili zdjęcia, spisać umowę itp. Szli 5 dni :) Ostatecznie nie doszli ze względu na nagły dramat rodzinny... W sumie od początku zachowanie i phisis tego jegomościa wskazywały na lekki niedowład umysłowy, ale przecież nie ośmielibyśmy się w ten sposób ocenić kogoś, kto chce nam dać grubą kasę :) Nazwijmy go panem Antonim. Pan Antonii jeszcze się pojawi w finale :) Kiedy uświadomiliśmy się, że oprócz pana Antoniego nie mamy nikogo w zanadrzu, miny zaczęły nam rzednąć. Początek października, plan się sypie, budżet trzeszczy, przeprowadzka zawisła na włosku. Wzięłam się ostro do roboty - wszystkie możliwe portale, słupy, przystanki, znajomi itp. Pojawił się chętny Telefonista. W pierszej rozmowie nakreślił trudną sytuację sprzedaży nieruchomości w Świdniku, obowiązujące ceny i zapewnił, że jest wiarygodny oraz życzy nam powodzenia. Wyprowadził mnie z równowagi na długie dni. Ale nie poddałam się tak łatwo. Wybrałam się do tutejszej agencji obrotu. Okazało się, że w zasadzie pan z agencji powiedział mi mniej więcej to samo co Telefonista, przyjął zgłoszenie, ale głęboko powątpiewał w pomyślność szybkiej sprzedaży. Wtedy Telefonista zadzwonił ponownie - przyjeżdża z gotówką następnego dnia, tylko opuszczamy cenę o 50 tysięcy. Da nam dzień na zastanowienie. Jakkolwiek myslałam, że mam doświadczenie w trudnych rozmowach telefonicznych, ta wyprowadziła mnie z równowagi jeszcze bardziej niż poprzednia. Kolejnego telefonu od niego już nie odebrałam. W międzyczasie pojawił się miły pan z kolejnej agencji, widzący więcej szans na sprzedaż niż poprzednik, a w miniony piątek pojawiła się jeszcze jedna pani agentka. Nazwijmy ją Aniołem. Anioł już na początku rozmowy poinformował mnie, że ma klienta, który szuka takiego mieszkania w pilnym terminie i jeśli zgodzę się na jej pośrednictwo, to za godzinę przyjedzie spisać umowę, a wieczorem przyjedzie z klientem. Tak się też stało. Następnego dnia, Anioł od rana wydzwaniał, żeby poinformować mnie, że klient się zdecydował i chce w poniedziałek spisać umowę. Słowo daję, zapisałam sobie jej numer z serduszkiem :) Wbrew wszelkim naszym obawom, wszystko przebiegło tak, jak zapowiedział Anioł. A więc właściwie mogę już zaanonsować, że za jakiś miesiąc sprowadzamy się na Słoneczne. Tylko Mamie muszę powiedzieć :) Telefonista zadzwonił jeszcze z drugiego numeru, niedowierzając. Pan z agencji tutejszej miał pretensje, że nie zadzwoniłam do niego, bo akurat chciał przyprowadzić jakiegoś chętnego. Jednak miał się jeszcze pojawić Pan Antonii... Kiedy wracaliśmy z biura, na lekkim rauszu mentalnym, pod blokiem czekało starsze małżeństwo. Pani zagadnęła nas, czy przypadkiem nie jesteśmy spod 20-tki i czy nie sprzedaliśmy mieszkania. Wszystko się zgadza, cholera. Okazało się, że to małżeństwo wynajmuje mieszkanie na naszej ulicy panu Antoniemu. No i pan Antonii zapewnił ich, że kupił właśnie mieszkanie od nas i tego wieczoru ma się z nami spotkać. Państwo zatem od pół godziny marzli pod blokiem, próbując doczekać się na swojego (prawdopodobnie) wierzyciela. My z kolei uraczyliśmy ich historią o chorej żonie pana Antoniego, mającej jakoby przebywać w szpitalu. Jak się domyślacie, nie miał zamiaru spotkać się ze staruszkami i wymyślił godną siebie historię. My byliśmy mocno rozbawieni. Starsi państwo nieco skonsternowani... Tak więc trzymjacie się ciepło wszyscy nasi Aniołowie i Zrzuceni przypadkiem z innych planet :) Jeśli wszystko pójdzie zgodnie z planem...
środa, 16 września 2009
Pamięci Ewci
... i Patricka. Pewnie już razem tańczą... Przychodzimy, odchodzimy
(kadr z filmu "Ostatni taniec")
poniedziałek, 10 sierpnia 2009
Elevation
Byliśmy TAM. 6 sierpnia w Chorzowie. Nie napiszę, że byliśmy na koncercie, bo na koncertach byłam. To jakby porównać Góry Świętokrzyskie do Himalajów. Byliśmy w tym Centrum Wszechświata. Na orbicie. Na Drodze Mlecznej. Na pewno nie na Ziemi. Na U2 w Chorzowie. Mój mąż pierwszy raz wybrał się na tego typu koncert. I bardzo źle zaczął. Obawiam się, że każdy następny będzie niczym w porównaniu z tym co się tam działo. Porównać mogę to jedynie do własnego ślubu i wesela. Niewiele pamiętam oprócz fruwania. Na razie nie spadłam i nie chcę spadać. Jeszcze, jeszcze nie... Właściwie nic sensownego na ten temat nie mam do powiedzenia. To był po prostu KOSMOS. Wizualny, emocjonalny, muzyczny, duchowy. Nawzajem rzuciliśmy się na kolana, tylko Bono mógł się rzucić bardziej dosłownie :) Zaczęło się już od Snow Patrol. Bardzo dobry support. Naprawdę nie mają się czego wstydzić, ale ujmujące było wzruszenie i skromność wokalisty tego zespołu. Napisał zresztą piękny tekst o koncercie w Polsce, po angielsku ale z takim sercem, że na pewno zrozumiale: http://www.u2.com/news/title/poland-show A potem... popłynęliśmy. Czwarty utwór to był "New Year's Day". No i Flaga. Solidarności. Może trzeba, żeby to U2 przywróciło nam dumę z tej flagi i Solidarności. I urodziny Edga. I Milky Way na One. I tyle momentów, które mam w sercu... Coś niesamowitego...
poniedziałek, 03 sierpnia 2009
Trzydziestolatka
To nieuczciwe, że czas tak różnie obchodzi się z ludźmi. Nieuczciwe, ale... podoba mi się. Na przykład nasze dzieci - im starsze, tym fajniejsze. Albo wino - im starsze, tym lepsze. Albo moja żona - z biegiem czasu coraz piękniejsze!
Gdy 30 lat temu w kieleckim szpitalu przyszła na świat Justynka, pewnie rodzicom wydawała się najpiękniejszym dzieckiem na świecie. Obiektywnie stwierdzić jednak muszę, że dziś jest 30x ładniejsza. I z pewnością łatwiej się z nią dogadać :-)
7 lat temu w Kielcach ślubowaliśmy sobie miłość, wierność i uczciwość małżeńską. Po 7 latach od tamtego wydarzenia pora na powrót do miasta, z którego wyrośliśmy. Niech ten nowy początek - nowy kod, nowa 7-latka, nowe mieszkanie, praca i co tam jeszcze nas czeka, będzie dla nas radością.
poniedziałek, 29 czerwca 2009
Na przekór...
... temu, w czym ostatnio uczestniczyłam, wpis będzie o Michaelu. Jego śmierć napełniła mnie ogromnym smutkiem. Mimo, że nie byłam nigdy wielką fanką Jacko, to niekwestionowany idol naszego dzieciństwa. Nam, dzieciom z blokowiska, zza wielkiego muru, to co widzieliśmy w Jego wykonaniu nie mieściło się w głowie. Nie wierzyliśmy, że takie koncerty mają miejsce naprawdę. Nie wierzyliśmy, że można tak tańczyć. Nie wierzyliśmy, że jest możliwe zmienianie się twarzy na ekranie telewizora i przechodzenie męskich w damskie, czarnych w białe, tak jak w teledysku "Black or white". To było nie do wymyślenia. Szkoda, że stał się własną karykaturą tego teledysku. Bardzo mi szkoda Jego geniuszu. Był artystą totalnym i totalnie się rozpadł... Na gwiazdkę kupiłam Tomkowi składankę hitów Jacksona wybranych przez polskich fanów. Właściwie samograj. Nie zestarzały się, nie słucha się ich z uśmiechem politowania. Nie umiem wskazać ulubionej piosenki. W swoim nieszkodliwym świrze koncertowym, zapisałam się w marcu na newsletter informujący o planowanej trasie Michaela. Nie udało mi się co prawda nikogo namówić na wyjazd do Londynu, ale dostawałam infomacje na bieżąco o postępach w przygotowaniu do koncertów. Ostatni przyszedł 23 czerwca. Otworzyłam go dopiero dziś. Menagment pisał, że rozpoczęła się budowa sceny i jest pula biletów specjalnych, które zostaną wypuszczone następnego dnia wśród wybranych. Nie zostałam wybrana. Jacko chyba też nie został. Ktoś Go musiał widzieć takim, jaki był w ostatnim czasie. Ktoś Go musiał przymusić do tych występów. Być może ktoś mu oddał "przysługę", że do nich do nie doszło... Mimo wszystko odszedł w chwale. Co by było gdyby... 27 czerwca uczestniczyłam w koncercie totalnym. Depeche Mode na Stade de France w Paryżu. 65 tysięcy ludzi. A może mi się tylko śniło? Patrzyłam na telebimie na faceta, który już kilka razy uciekł spod kosy. Którego przepełnia nie dająca się ukryć radość i wola życia. Który jest zadbanym, cudownym mężczyzną z krzywymi zębami, których sobie nie wyprostował, ale uczynił z nich znak rozpoznawczy. Odbudował się jak Feniks. Przepraszam za tą górnolotność. Płaczę po tych, który się rozpadli. Niestety nie tylko po Michaelu.
(...)There is a sound in the calm Someone is coming to harm I press my hands to my ears It's easier here just to forget fears(...)
niedziela, 28 czerwca 2009
Ulotki trzecie
Jako że opuściła nas głowa domu, która leży, gdzie chce, a ostatnio chciała leżeć gdzieś w Paryżewie, poszliśmy na niedzielny spacer we trzech na plac zabaw:
- Chodź tato wspinać! zakrzyknął Mikołaj - będziesz numer trzy, a ja numer dwa.
- A Franio? - zapytałem.
- Franio numer zero, bo jest jeszcze malutki.
- A co z numerem jeden?
- Numer jeden to Mamusia! - zakrzyknął Miki.
Przy okazji wpisu najszczersze gratulacje dla Państwa Milczanowskich, którzy postanowili jednak się roz(s)troić. Na Dzień Ojca Szymciu dostał malutki-nie malutki prezencik: 3780 g i 56 cm. Buziaki dla całej trójeczki!
poniedziałek, 01 czerwca 2009
Ulotki
Ostatnio pogoda nas nie rozpieszcza i przeprowadziłam taki oto dialog z Mikołajem: - Zobacz Misiu, pogoda pod psem... - Pod psem???? Jak to pod psem??? - Bo cały czas pada. Jak tak pada i pada, to mówimy, że pogoda jest pod psem. - Acha. A jak jest przed psem to nie pada. I takiej prostoty i dzieciecej ufności do świata nie tylko w Dniu Dziecka życzę Wszystkim Kochanym Skarbom oraz sobie i Wam :)
|